wtorek, 20 października 2015

Londyn na weekend #1, czyli Notting Hill, indyjskie klimaty oraz królewskie V&A

Kilka lat temu spędziłam wspaniały wakacyjny miesiąc w moim ukochanym Londynie. Jak to się mówi – więcej szczęścia niż rozumu – i uruchamiając wszelkie możliwe drogi znajomości, udało się pomieszkać miesiąc w Londynie u starszej brytyjki, która teraz jest dla mnie jak babcia :) Przez lata utrzymywałyśmy kontakt i moja „brytyjska babcia” zaprosiła mnie do siebie, co działa jak motywator do wyjazdu – Londyn nie jest tanim miastem, jeśli chcemy przeliczyć funty na złotówki. Koszty noclegów są wysokie, dlatego możliwosć nocowania u kogoś znajomego jest ogromną oszczędnością. Siedem lat temu zwiedzałam ile się dało, w większości odwiedzając parki i muzea za darmo – bo takich miejsc w Londynie jest wiele.  Lista jest długa (postaram się ją kiedyś dla Was stworzyć), ale dzisiaj chciałam się podzielić z Wami miejscami, które odwiedziłam podczas ostatniewgo weekendu. Jeśli wybieracie się do Londynu i chcecie odwiedzić  miejsca, które w przewodnikach nie są na liście „must see”  na pierwszych miejscach - zapraszam do lektury. 


Podróż rozpoczęłam niestety z mocnym przeziębieniem, ale mając zwiedzanie w głowie, choroba jest niestraszna. Jednym zdaniem ujmując: zjadając witaminy i rozpoczynając serię antybiotyku rozpoczęłam moją długo-weekendową wyprawę ;) Jeszcze przed świtem dotarłam na lotnisko, żeby o 7 rano być w powietrzu na krakowskimi budynkami.  Lot do Stansted pod Londynem trwał około 2 godziny, a z lotniska zarezerwowanym wcześniej autobusem dostałam się do centrum Londynu – na Victoria Station i z tego miejsca rozpoczęło się zwiedzanie. Było już południe i moja  „brytyjska babcia” czekała na mnie z propozycjami na pierwsze zwiedzanie... 

Ja – zmęczona po podróży i pół zdrowa/pół chora przyjęłam każdą propozycję. Po szybkiej kawie i  czekoladowym angielskim muffinie wyruszyłyśmy do Victoria & Albert Museum  (http://www.vam.ac.uk/ ) – wprawdzie odwiedziłam to muzeum będąc poprzednio w Londynie, ale jest ono tak ogromne, że mając nawet kilka godzin jesteśmy w stanie zobaczyć tylko kilka ekspozycji. Po zostawieniu ogromnego plecaka,  z którym podróżowałam, w szatni ruszyłyśmy do sekcji: Biżuteria – niesamowita ilość błyskotek, począwszy od biżuterii sprzed naszej ery, aż do najnowszych kolekcji robi wrażenie. Jest to jedna z niewielu ekspozycji, której nie można fotografować, dlatego załączam Wam link do oficjalnych zdjęć – niestety oddające tylko w niewielkim stopniu piękno eksponatów: biżuteria w V&A. Czasu wystarczyło jeszcze na zachwycenie się rzeźbami oraz rzut okiem na sklepik z okazji specjalnej ekspozycji: buty ;)











Notting Hill – niczym w filmie, okolice Liverpool Street i indyjskie klimaty oraz Kenwood po królewsku
Notting Hill – niegdyś biedniejsza, niepopularna dzielnica, która po sukcesie filmu z Julią Roberts i Hugh Grantem stała się bardziej popularna i rozpoznawalna. Spacer po Notting Hill rozpoczął się ze stacji metra o takiej właśnie nazwie.  Docierając do ulicy o dźwięcznej nazwie Portobello Road, wkraczamy w świat Portobello Market: świat  wielu sklepików z ubraniami, książkami czy biżuterią. Przechadzamy się między straganami z kwiatami, czy antykami. Mijamy wiele kawiarni i restauracji. Każdy z elementów tworzy niepowtarzalny klimat, w którym moźna się zakochać – nie dziwne, że Anna (Julia Roberts) w filmie 'Notting Hill' zabujała się tam na amen ;p Moim celem było znalezienie dwóch filmowych miejsc:
1. Niebieskie drzwi, które jeśli oglądaliście 'Notting Hill' są drzwiami, za którymi mieszkał William (Hugh Grant) (280 Westbourne Park Road – boczna ulica tuż przy Portobello Road)


2. Słynna księgarnia z 'Notting Hill' – w filmie znajdująca się na: 142 Portobello Road, jednak w rzeczywistosci znajdująca się kilka kroków dalej na 13 Blenheim Cres (może i na całę szczęście, bo dzięki temu możemy trafić też do księgarni, znajdującej się prawie naprzeciwko: Books for Cooks = jednym słowem raj dla lubiących kuchnię)




















Z Liverpool Street do indyjskiego Brick Lane.
Ze stacji Liverpool Street możemy rozpocząć wycieczkę po okolicy. Po wyjściu z metra otacza nas mnóstwo nowoczesnych wieżowców-biurowców, które stopniowo będziemy opuszczac kierując się do Brick Lane. Po wyjściu z ogromnej i imponującej stacji Liverpool Street możemy zahaczyć o All Hallows London Wall – City of London było otoczone murem (London Wall) wybudowanym około 200 roku, kościół  All Hallows London Wall jest kościołem, który został wybudowany w XVIII wieku, stojącym dosłownie przy tym murze. Z tego miejsca skierowałam się do pobliskiego Old Spitafields Market – znajdujemy tam wiele ciuszków vintage, starych map, antyków, biżuterii, kawiarnii, restauracji i budek z jedzeniem... miejsce absolutnie zachwycające różnorodnością oferty na straganach – można pocieszyć oko różnymi pięknościami, a tuż obok Spitafield Market na 40 Brushfield Street, znajduje się ‘Verde & Co.’ oraz ‘A Gold’– sklepy spożywcze, stare słynne stylowe brytyjskie. Z tego miejsca możemy kierować swoje kroki do Brick Lane, jeśli wybierzemy trasę przez Fournier Street do Brick Lane dotrzemy mijając Great London Mosque – meczet wybudowany w 1743 roku – pierwotnie był to kościół protestancki, w 1976 roku zamieniony na meczet. Mijając meczet wchodzimy na Brick Lane i wtedy możemy poczuć się jak w Azji – przynajmniej jeśli chodzi o kuchnię ;) 


Zaczynamy od wieżowców...


All Hallows London Wall



Old Spitafields Market


















Verde & Co. / A Gold







Great London Mosque


Brick Lane



Liverpoll Station






Mam nadzieję, że wrażenia i krótka fotorelacja pomogą Wam kiedyś w podróżowaniu :)
Już niedługo relacji ciąg dalszy:
jedzenie, zakupy, darmowe koncerty w Londynie i Autumn Fair ;)

PS.mam nadzieję mieć sprawny internet, bo ostatnio doświadczam jakichś problemów, dlatego przepraszam za wszelkie opóźnienia :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz